Po zakupieniu w Alice Springs pamiątek, kierujemy się Stuart Highway na północ, aby po kilkudziesięciu kilometrach skręcić na biegnącą na północny-zachód Tanami Road. Pierwsze około 120 km to asfalt. Na jego końcu znajduje się stacja benzynowa. Zatrzymujemy się tam i pytamy obsługę o wieści z drogi. Wieści są przeciętnie optymistyczne. Na drogę wyjechały maszyny równające, bo jej stan był już ciężki do zniesienia, poza tym dzisiaj przyholowano tu samochód, który zepsuł się po drodze i był holowany przez kilkaset kilometrów. Generalnie - take it easy. Rzeczywiście, wyjeżdżając ze stacji napotykamy na dwie maszyny równające drogę. Wygląda na to, że na razie za wiele nie zdziałały, bo bardzo szybko utykamy na tarce. Wleczemy się 15-20 km/h, a i tak wszystko tak się trzęsie, jakby auto miało się rozlecieć. Miejscami droga się poprawia, ale za chwilę tarka znów sprowadza nas na ziemię. W takim tempie zejdzie nam ładnych kilka dni. Do Halls Creek, najbliższego miasta w pełnym tego słowa znaczeniu, mamy jakieś 800 km. Po drodze jeden roadhouse położony na Rabbit Flat i jeszcze jedna osada Aborygenów, do której, jak podkreśla przewodnik, wolno nam wjechać jedynie w celu zatankowania paliwa. W przeciwieństwie do Great Central Road panuje tutaj prawdziwy ruch. Mija nas kilka pociągów drogowych. Unoszący się za nimi pył sprawia, że przez dobre kilka sekund nie widać kompletnie nic przed maską i dopiero po chwili widoczność zaczyna się poprawiać. Gdy po pewnym czasie zbliżamy się do kolejnego pociągu drogowego, okazuje się, że stoi on z trójkątem wystawionym z przodu. Podjeżdżamy powoli i dopiero z bardzo bliska zauważamy siedzącego w kabinie kierowcę. Wszystkie szyby w szoferce są obłożone matami izolacyjnymi pozwalającymi utrzymać w środku względnie niską temperaturę. Kierowca pozostawił sobie jedynie niewielkie skrawki okien do obserwacji okolicy. Zatrzymujemy się i pytamy, czy można mu jakoś pomóc. Odpowiada, że pomoc jest już w drodze i że ma zapasy wody. Machamy sobie na pożegnanie i ruszamy dalej.

Od pewnego czasu zauważamy, że po obu stronach drogi stoją różnej wielkości termitiery. Początkowo jest ich niewiele. Stoją rozrzucone pomiędzy równie nielicznymi drzewami. Z mijającymi kilometrami robi się ich coraz więcej i więcej. Aż w końcu po horyzont w każdą stronę widać teren upstrzony setkami, jeśli nie tysiącami brunatno-czerwonych kopczyków. Na około godzinę przed zachodem zjeżdżamy z drogi w miejscu, które nadaje się na nocleg. Widok termitier w świetle zachodzącego słońca jest niesamowity. Bezkres otaczającej nas przestrzeni i panująca wokół cisza dopełniają magii tego miejsca. Po zmroku możemy do woli podziwiać panoramę południowego nieba.
Poranek wita nas tradycyjnie muchami. Czym prędzej więc wyruszamy dalej. Około południa docieramy do roadhouse na Rabbit Flat. Choć miejsce to wygląda na opuszczone, wiemy, że obsługa pojawia się tu na kilka godzin w niektóre dni tygodnia. Tym niemniej obecnie nie widać tu żywej duszy. Zjadamy małe co nieco, rozglądamy się po okolicy i po niecałej godzinie ruszamy dalej. Po kilku godzinach jazdy wjeżdżamy w obszar, na którym musiało niedawno zdrowo popadać. Na drodze jest coraz więcej kałuż. Przejeżdżamy przez kilka niewielkich strumieni i dojeżdżamy do miejsca, w którym tam, gdzie powinna być nasza droga, znajduje się część kąpieliska aborygeńskich dzieci. To już nie jest mały strumyczek, tylko rzeka, której wody przelewają się około 50 cm ponad mostem i zalewają drogę na długości ponad 100 metrów. Adam Murcha, człowiek, który zna ten samochód do najmniejszej nawet śrubki, przed jego wypożyczeniem tłumaczył nam, że do 50 cm głębokości możemy spokojnie jechać. Tutaj wygląda to właśnie mniej więcej na tyle. Powoli więc wjeżdżamy do wody, w samochodzie robi się lekko parno, ale silnik Nissana pracuje spokojnie nie zdradzając żadnych problemów. Po chwili wyjeżdżamy na płytszą wodę. Pierwszą poważną próbę wodną mamy za sobą. Auto spisało się znakomicie.

Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów Tanami Road jest zdecydowanie inne niż przebyty już przez nas odcinek. Po obu stronach drogi stoi woda, w której rosną wysokie trawy dające schronienie ptactwu. Sama droga jest wielokrotnie przecinana strumieniami, w wielu miejscach stoi na niej woda. Do tego na nasze zawieszenie czają się wymyte przez wartkie strumyczki kanały przecinające drogę. Jako, że widać je w ostatniej chwili, musimy mocno zwolnić, aby nie narobić sobie kłopotu na własne życzenie. Okazuje się, że ta okolica jest zamieszkana przez sporą populację kangurów (wreszcie). Ponieważ zbliża się wieczór, żerują one pracowicie po obu stronach drogi i nierzadko na nasz widok zrywają się z miejsca i skaczą w najróżniejsze strony, także tuż przed naszą maskę. Na szczęście wszystkim udaje się umknąć spod kół. Niestety w większości umykają nam też sprzed obiektywu. Na nocleg wybieramy oddalone o kilkanaście metrów od drogi, płaskie i niezarośnięte miejsce. Gotując kolację oglądamy zmieniające się jak w kalejdoskopie kolory nieba. Ze względu na czyhające na nas komary tej nocy rozkładamy namiot.
Następnego dnia spokojnie dotaczamy się do nitki asfaltu nazywanego w tym rejonie Great Northern Highway. Wyjeżdżając z Tanami Road mijamy tabliczkę informującą, że jest ona zamknięta. Nasze auto nie zna takiego pojęcia.

Od pewnego czasu zauważamy, że po obu stronach drogi stoją różnej wielkości termitiery. Początkowo jest ich niewiele. Stoją rozrzucone pomiędzy równie nielicznymi drzewami. Z mijającymi kilometrami robi się ich coraz więcej i więcej. Aż w końcu po horyzont w każdą stronę widać teren upstrzony setkami, jeśli nie tysiącami brunatno-czerwonych kopczyków. Na około godzinę przed zachodem zjeżdżamy z drogi w miejscu, które nadaje się na nocleg. Widok termitier w świetle zachodzącego słońca jest niesamowity. Bezkres otaczającej nas przestrzeni i panująca wokół cisza dopełniają magii tego miejsca. Po zmroku możemy do woli podziwiać panoramę południowego nieba.
Poranek wita nas tradycyjnie muchami. Czym prędzej więc wyruszamy dalej. Około południa docieramy do roadhouse na Rabbit Flat. Choć miejsce to wygląda na opuszczone, wiemy, że obsługa pojawia się tu na kilka godzin w niektóre dni tygodnia. Tym niemniej obecnie nie widać tu żywej duszy. Zjadamy małe co nieco, rozglądamy się po okolicy i po niecałej godzinie ruszamy dalej. Po kilku godzinach jazdy wjeżdżamy w obszar, na którym musiało niedawno zdrowo popadać. Na drodze jest coraz więcej kałuż. Przejeżdżamy przez kilka niewielkich strumieni i dojeżdżamy do miejsca, w którym tam, gdzie powinna być nasza droga, znajduje się część kąpieliska aborygeńskich dzieci. To już nie jest mały strumyczek, tylko rzeka, której wody przelewają się około 50 cm ponad mostem i zalewają drogę na długości ponad 100 metrów. Adam Murcha, człowiek, który zna ten samochód do najmniejszej nawet śrubki, przed jego wypożyczeniem tłumaczył nam, że do 50 cm głębokości możemy spokojnie jechać. Tutaj wygląda to właśnie mniej więcej na tyle. Powoli więc wjeżdżamy do wody, w samochodzie robi się lekko parno, ale silnik Nissana pracuje spokojnie nie zdradzając żadnych problemów. Po chwili wyjeżdżamy na płytszą wodę. Pierwszą poważną próbę wodną mamy za sobą. Auto spisało się znakomicie.

Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów Tanami Road jest zdecydowanie inne niż przebyty już przez nas odcinek. Po obu stronach drogi stoi woda, w której rosną wysokie trawy dające schronienie ptactwu. Sama droga jest wielokrotnie przecinana strumieniami, w wielu miejscach stoi na niej woda. Do tego na nasze zawieszenie czają się wymyte przez wartkie strumyczki kanały przecinające drogę. Jako, że widać je w ostatniej chwili, musimy mocno zwolnić, aby nie narobić sobie kłopotu na własne życzenie. Okazuje się, że ta okolica jest zamieszkana przez sporą populację kangurów (wreszcie). Ponieważ zbliża się wieczór, żerują one pracowicie po obu stronach drogi i nierzadko na nasz widok zrywają się z miejsca i skaczą w najróżniejsze strony, także tuż przed naszą maskę. Na szczęście wszystkim udaje się umknąć spod kół. Niestety w większości umykają nam też sprzed obiektywu. Na nocleg wybieramy oddalone o kilkanaście metrów od drogi, płaskie i niezarośnięte miejsce. Gotując kolację oglądamy zmieniające się jak w kalejdoskopie kolory nieba. Ze względu na czyhające na nas komary tej nocy rozkładamy namiot.
Następnego dnia spokojnie dotaczamy się do nitki asfaltu nazywanego w tym rejonie Great Northern Highway. Wyjeżdżając z Tanami Road mijamy tabliczkę informującą, że jest ona zamknięta. Nasze auto nie zna takiego pojęcia.
Great Central Road
Około 17:00 dojeżdżamy do Laverton. W planach krótki postój na tankowanie i kupienie czegoś zimnego do picia (z dnia na dzień robi się coraz cieplej). To nic, że odwiedziliśmy stację benzynową około 100 km temu. Wyjeżdżając z Laverton na wschód lepiej mieć auto zatankowane pod kurek, co w naszym przypadku oznacza około 140 litrów w dwóch zbiornikach. Powinno to wystarczyć na 900 - 1000 km. Rogatki Laverton witają nas tablicą, z wypisanymi nazwami dróg, którym nieodmiennie towarzyszy informacja closed. Nie, niemożliwe. Wczoraj po południu pytaliśmy czy Great Central Road jest przejezdna i przecież była. Widać, że niedawno tu padało, ale na powódz to nie wygląda. Pewnie nie obrócili tablic ze strony closed na open.
Wjeżdżamy do miasta. Stację zamknęli niecałą godzinę temu, a bezobsługowy system zakupu paliwa jakoś jest nam mało przychylny. No nic, mamy jeszcze sporo paliwa, więc w ostateczności możemy teraz darować sobie tankowanie i jechać zgodnie z planem. Sęk w tym, że na rondzie w centrum miasta na tablicy znów widnieje informacja o zamknięciu naszej drogi. Kręcąc się po mieście (jedno rondo i dwie zbiegające się na nim główne ulice) szybko znajdujemy posterunek policji. Oni muszą mieć aktualne dane o drodze. Podjeżdżamy i obserwowani przez leniwie wylegujących się w cieniu drzew Aborygenów zmierzamy w kierunku wejścia. Niestety dzisiaj sobota, więc posterunek zamknięty do poniedziałku. Niezrażeni tym około 18:00 wjeżdżamy na naszą upragnioną Great Central Road. Przed nami 1000 km szutru z trzema miejscami, gdzie można zatankować i zaopatrzyć się w artykuły pierwszej potrzeby dla siebie i samochodu (ciekawe czy są otwarte w niedzielę). Na końcu czekają górujące nad okolicą skały Olgas i ich sławny krewniak Uluru. Szacujemy, że za trzy dni powinniśmy zobaczyć je na horyzoncie. W skrzyni na dachu bulgoce ponad 60 litrów wody, a w bagażniku piętrzy się jedzenie, które naszym zdaniem powinno znieść kilka dni temperatur sięgających 40°C. Na trzy dni powinno nam wystarczyć. Na pięć też. Dwa koła zapasowe i nabyty podręczny zestaw małego wulkanizatora dają nam jako takie poczucie bezpieczeństwa. Spokojnie wytaczamy się z sennego miasteczka na nasz pierwszy upragniony szuter. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do miejsca, w którym w poprzek drogi ustawiono znaki informujące o zamknięciu drogi.
No cóż, skończyło się rumakowanie. Zawracamy do miasta i kierujemy się na tamtejsze pole kempingowe. Na miejscu potwierdzają, że jeszcze wczoraj droga była otwarta, ale w nocy padało i dlatego ją zamknęli. Kiedy otworzą? Jak wyschnie, czyli dokładnie nie wiadomo kiedy. Wykorzystujemy przymusową przerwę na pranie i planowanie dalszej trasy. Chmury na wschodzie oznaczają, że możemy tu jeszcze trochę posiedzieć. W niedzielny poranek wyruszamy na miasto zorientować się w sytuacji. Stacja benzynowa otwarta, ale przed nią nadal wisi informacja o zamknięciu naszej drogi i wszystkich innych w okolicy. W drodze powrotnej ze stacji wstępujemy do lokalnego centrum turystycznego. Niestety tutaj też nie wiedzą kiedy Ją otworzą. Po dwóch godzinach zabijania czasu na kempingu znów idziemy na stację. Przy Great Central Road widnieje teraz napis open. Czym prędzej wracamy do samochodu i po dolaniu diesla do pełna ruszamy na wschód. Jest około 13:00, więc w sumie straciliśmy niewiele czasu. Pierwsze kilometry to oswajanie się z drogą, uczenie się jej i zachowania samochodu na tego typu nawierzchni. Nasz prawie pełnoletni Nissan Patrol przebrany za Forda Mavericka sprawuje się znakomicie nawet bez włączania 4x4. Ciemne chmury ciągle wiszą po naszej prawej stronie i na horyzoncie przed nami. Upał i kurz wpadają do środka samochodu przez otwarte szyby. Inaczej trudno byłoby wytrzymać, a włączania klimatyzacji na pustyni szybko można żałować. Po kilku godzinach jazdy powoli oswajamy się z krajobrazem. Ziemia o najróżniejszych odcieniach czerwieni, porośnięta krzakami i z rzadka drzewami. Raz na jakiś czas spod kół pierzcha nam mniejsza lub większa jaszczurka, która wygrzewała się na drodze. Kangurów ani emu jakoś nie widać. Za to mnóstwo wraków porzuconych samochodów wala się wzdłuż drogi. Po około 300 km mijamy pierwszy roadhouse, jak na razie minął nas jeden samochód. Kierowca pozdrowił nas machnięciem ręki. Tutaj w razie potrzeby oprócz siebie, można liczyć jedynie na kierowców kilku przejeżdżających dziennie samochodów. Dlatego wszyscy okazują sobie sympatię i w razie potrzeby są gotowi do niesienia pomocy.

Jako, że powoli się zmierzcha szukamy parkingu zaznaczonego na mapie, którą dostaliśmy w centrum turystycznym w Laverton. Jej wskazania są mocno wątpliwe, wracamy się więc do ostatnio mijanego zdatnego do zatrzymania miejsca i tam już po ciemku układamy swoje posłanie na ciepłej jeszcze ziemi. Rano pobudka tuż po wschodzie słońca. Budzą nas wszędobylskie o tej porze roku muchy. Na początku kręci się koło nas jedna, dwie, potem już kilkanaście. Jest ich coraz więcej. Wchodzą do oczu, ust, nosa, uszu. Nie dają spokojnie zjeść. Przy okazji szybko robi się coraz cieplej. Ruszamy więc w drogę i po około 2 godzinach dojeżdżamy do Warburton, czyli drugiego roadhouse'u. Składa się on z kilku dystrybutorów zamkniętych w metalowych klatkach i sklepu, na którego tyłach działa pole kampingowe. Tankujemy i rozglądamy się po sklepie. Obsługują biali. W porównaniu z pracą w mieście dostają więcej pieniędzy za pracę na tym odludziu. Po sklepie oprócz nas kręci się kilku Aborygenów, w tym małe dziecko w obowiązkowych szortach, które zostały założone tuż przed wejściem. Dzieciom bez pieluch lub spodni wstęp surowo wzbroniony.
W posiłku spożywanym przy zacienionym stoliku na przeciwko stacji nieodłącznie towarzyszą nam muchy. Ruch panuje tu niewielki, ale te kilka kręcących się samochodów to i tak więcej niż widzieliśmy przez ostatnie ponad 500 km. Opuszczamy Warburton i kontynuujemy jazdę na wschód. Kolejny nasz przystanek to ostatni roadhouse oddalony o ledwie 200 km. Tutaj spędzamy więcej czasu oglądając w przysklepowej galerii wyroby miejscowego rękodzieła i dyplomy aborygeńskich uczniów tutejszej szkoły. Sklep prowadzą oczywiście biali. Nie wiedzą, jak rzucić kupionym przez nas bumerangiem tak, żeby wrócił, ale zapewniają, że jest autentyczny i że część zapłaconych przez nas pieniędzy trafi do jego wytwórcy. Jest około 14:00, a do Olgas zostało nam jeszcze niecałe 300 km. Postanawiamy dotrzeć do nich przed zachodem słońca, kiedy to ponoć prezentują się najokazalej.
Kilkanaście minut po wyjezdzie z roadhouse'u podjeżdżamy do stojącego z boku drogi busa. Jego czarnoskóry kierowca zatrzymuje nas. Okazuje się, że jego samochód się zepsuł i prosi o zabranie trzech kobiet i dziecka do ich wioski, która leży obok naszej trasy. Po krótkich przygotowaniach (my robimy miejsce na tylnej kanapie, podczas gdy nasze pasażerki ubierają małemu spodenki) ruszamy dalej. Po około pół godzinie jedna z pasażerek każe nam zjechać z głównej drogi. Gdy wjeżdżamy do miasteczka, bawiące się przy drodze dzieci przyglądają nam się z początku ze zdziwieniem - biali chyba nie są tu częstymi gośćmi - a po chwili, widząc naszych pasażerów, wybuchają głośnym śmiechem. Zatrzymujemy się przed wskazanym domem i żegnamy z naszymi pasażerkami. Ku naszemu zdziwieniu spostrzegamy, że główna ulica jest wyasfaltowana. Jest to tym dziwniejsze, że droga dojazdowa do wioski była naprawdę fatalna. Do zachodu słońca coraz bliżej, ruszamy więc dalej. Krajobraz z płaskiej pustyni zmienia się w pagórkowaty. Teraz jedziemy pomiędzy dwoma pasmami wzgórz biegnących równolegle do drogi, która zmienia kilkukrotnie kolor z ceglastego na oślepiająco biały i znów na ceglasty. W pewnym momencie pod drzewami rosnącymi około 20 metrów od drogi spostrzegamy wypoczywające grupki wielbłądów. Gdy się zatrzymujemy, zwierzęta ożywiają się i po kilku minutach złączone w stado kilkudziesięciu sztuk przebiegają przed naszym samochodem na drugą stronę drogi. Wydaje się, że warunki do życia są tu dla nich doskonałe. Obserwujemy je przez kilkanaście minut, po czym ruszamy dalej.

Po pokonaniu jednego z kolejnych wzniesień zauważamy na horyzoncie ciemne kształty. Choć jesteśmy oddaleni od nich o około 70 km, Olgas są na tyle potężne, że widać je stąd już całkiem dobrze. Robią naprawdę duże wrażenie. Dojeżdżamy do ich podnóża akurat na tyle wcześnie, że możemy jeszcze do nich podejść przed zachodem słońca. Jest gorąco. Zaraz po wyjściu z samochodu otaczają nas brzęczące roje much. Jest ich tu naprawdę mnóstwo, co tylko przyspiesza nasz marsz. Po drodze mijamy grupki turystów z moskitierami na głowach. Tuż przed zachodem słońca docieramy do punktu widokowego. Wszyscy już tu są, oczywiście z muchami na czele. Przez około pół godziny, oganiając się od nich, staramy się podziwiać żarzące się w zachodzącym słońcu skały. Gdy słońce chowa się za horyzont, turyści pospiesznie udają się do autokarów i samochodów. Także muchy udają się na dobrze zasłużony odpoczynek.

Wjeżdżamy do miasta. Stację zamknęli niecałą godzinę temu, a bezobsługowy system zakupu paliwa jakoś jest nam mało przychylny. No nic, mamy jeszcze sporo paliwa, więc w ostateczności możemy teraz darować sobie tankowanie i jechać zgodnie z planem. Sęk w tym, że na rondzie w centrum miasta na tablicy znów widnieje informacja o zamknięciu naszej drogi. Kręcąc się po mieście (jedno rondo i dwie zbiegające się na nim główne ulice) szybko znajdujemy posterunek policji. Oni muszą mieć aktualne dane o drodze. Podjeżdżamy i obserwowani przez leniwie wylegujących się w cieniu drzew Aborygenów zmierzamy w kierunku wejścia. Niestety dzisiaj sobota, więc posterunek zamknięty do poniedziałku. Niezrażeni tym około 18:00 wjeżdżamy na naszą upragnioną Great Central Road. Przed nami 1000 km szutru z trzema miejscami, gdzie można zatankować i zaopatrzyć się w artykuły pierwszej potrzeby dla siebie i samochodu (ciekawe czy są otwarte w niedzielę). Na końcu czekają górujące nad okolicą skały Olgas i ich sławny krewniak Uluru. Szacujemy, że za trzy dni powinniśmy zobaczyć je na horyzoncie. W skrzyni na dachu bulgoce ponad 60 litrów wody, a w bagażniku piętrzy się jedzenie, które naszym zdaniem powinno znieść kilka dni temperatur sięgających 40°C. Na trzy dni powinno nam wystarczyć. Na pięć też. Dwa koła zapasowe i nabyty podręczny zestaw małego wulkanizatora dają nam jako takie poczucie bezpieczeństwa. Spokojnie wytaczamy się z sennego miasteczka na nasz pierwszy upragniony szuter. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do miejsca, w którym w poprzek drogi ustawiono znaki informujące o zamknięciu drogi.
No cóż, skończyło się rumakowanie. Zawracamy do miasta i kierujemy się na tamtejsze pole kempingowe. Na miejscu potwierdzają, że jeszcze wczoraj droga była otwarta, ale w nocy padało i dlatego ją zamknęli. Kiedy otworzą? Jak wyschnie, czyli dokładnie nie wiadomo kiedy. Wykorzystujemy przymusową przerwę na pranie i planowanie dalszej trasy. Chmury na wschodzie oznaczają, że możemy tu jeszcze trochę posiedzieć. W niedzielny poranek wyruszamy na miasto zorientować się w sytuacji. Stacja benzynowa otwarta, ale przed nią nadal wisi informacja o zamknięciu naszej drogi i wszystkich innych w okolicy. W drodze powrotnej ze stacji wstępujemy do lokalnego centrum turystycznego. Niestety tutaj też nie wiedzą kiedy Ją otworzą. Po dwóch godzinach zabijania czasu na kempingu znów idziemy na stację. Przy Great Central Road widnieje teraz napis open. Czym prędzej wracamy do samochodu i po dolaniu diesla do pełna ruszamy na wschód. Jest około 13:00, więc w sumie straciliśmy niewiele czasu. Pierwsze kilometry to oswajanie się z drogą, uczenie się jej i zachowania samochodu na tego typu nawierzchni. Nasz prawie pełnoletni Nissan Patrol przebrany za Forda Mavericka sprawuje się znakomicie nawet bez włączania 4x4. Ciemne chmury ciągle wiszą po naszej prawej stronie i na horyzoncie przed nami. Upał i kurz wpadają do środka samochodu przez otwarte szyby. Inaczej trudno byłoby wytrzymać, a włączania klimatyzacji na pustyni szybko można żałować. Po kilku godzinach jazdy powoli oswajamy się z krajobrazem. Ziemia o najróżniejszych odcieniach czerwieni, porośnięta krzakami i z rzadka drzewami. Raz na jakiś czas spod kół pierzcha nam mniejsza lub większa jaszczurka, która wygrzewała się na drodze. Kangurów ani emu jakoś nie widać. Za to mnóstwo wraków porzuconych samochodów wala się wzdłuż drogi. Po około 300 km mijamy pierwszy roadhouse, jak na razie minął nas jeden samochód. Kierowca pozdrowił nas machnięciem ręki. Tutaj w razie potrzeby oprócz siebie, można liczyć jedynie na kierowców kilku przejeżdżających dziennie samochodów. Dlatego wszyscy okazują sobie sympatię i w razie potrzeby są gotowi do niesienia pomocy.

Jako, że powoli się zmierzcha szukamy parkingu zaznaczonego na mapie, którą dostaliśmy w centrum turystycznym w Laverton. Jej wskazania są mocno wątpliwe, wracamy się więc do ostatnio mijanego zdatnego do zatrzymania miejsca i tam już po ciemku układamy swoje posłanie na ciepłej jeszcze ziemi. Rano pobudka tuż po wschodzie słońca. Budzą nas wszędobylskie o tej porze roku muchy. Na początku kręci się koło nas jedna, dwie, potem już kilkanaście. Jest ich coraz więcej. Wchodzą do oczu, ust, nosa, uszu. Nie dają spokojnie zjeść. Przy okazji szybko robi się coraz cieplej. Ruszamy więc w drogę i po około 2 godzinach dojeżdżamy do Warburton, czyli drugiego roadhouse'u. Składa się on z kilku dystrybutorów zamkniętych w metalowych klatkach i sklepu, na którego tyłach działa pole kampingowe. Tankujemy i rozglądamy się po sklepie. Obsługują biali. W porównaniu z pracą w mieście dostają więcej pieniędzy za pracę na tym odludziu. Po sklepie oprócz nas kręci się kilku Aborygenów, w tym małe dziecko w obowiązkowych szortach, które zostały założone tuż przed wejściem. Dzieciom bez pieluch lub spodni wstęp surowo wzbroniony.
W posiłku spożywanym przy zacienionym stoliku na przeciwko stacji nieodłącznie towarzyszą nam muchy. Ruch panuje tu niewielki, ale te kilka kręcących się samochodów to i tak więcej niż widzieliśmy przez ostatnie ponad 500 km. Opuszczamy Warburton i kontynuujemy jazdę na wschód. Kolejny nasz przystanek to ostatni roadhouse oddalony o ledwie 200 km. Tutaj spędzamy więcej czasu oglądając w przysklepowej galerii wyroby miejscowego rękodzieła i dyplomy aborygeńskich uczniów tutejszej szkoły. Sklep prowadzą oczywiście biali. Nie wiedzą, jak rzucić kupionym przez nas bumerangiem tak, żeby wrócił, ale zapewniają, że jest autentyczny i że część zapłaconych przez nas pieniędzy trafi do jego wytwórcy. Jest około 14:00, a do Olgas zostało nam jeszcze niecałe 300 km. Postanawiamy dotrzeć do nich przed zachodem słońca, kiedy to ponoć prezentują się najokazalej.
Kilkanaście minut po wyjezdzie z roadhouse'u podjeżdżamy do stojącego z boku drogi busa. Jego czarnoskóry kierowca zatrzymuje nas. Okazuje się, że jego samochód się zepsuł i prosi o zabranie trzech kobiet i dziecka do ich wioski, która leży obok naszej trasy. Po krótkich przygotowaniach (my robimy miejsce na tylnej kanapie, podczas gdy nasze pasażerki ubierają małemu spodenki) ruszamy dalej. Po około pół godzinie jedna z pasażerek każe nam zjechać z głównej drogi. Gdy wjeżdżamy do miasteczka, bawiące się przy drodze dzieci przyglądają nam się z początku ze zdziwieniem - biali chyba nie są tu częstymi gośćmi - a po chwili, widząc naszych pasażerów, wybuchają głośnym śmiechem. Zatrzymujemy się przed wskazanym domem i żegnamy z naszymi pasażerkami. Ku naszemu zdziwieniu spostrzegamy, że główna ulica jest wyasfaltowana. Jest to tym dziwniejsze, że droga dojazdowa do wioski była naprawdę fatalna. Do zachodu słońca coraz bliżej, ruszamy więc dalej. Krajobraz z płaskiej pustyni zmienia się w pagórkowaty. Teraz jedziemy pomiędzy dwoma pasmami wzgórz biegnących równolegle do drogi, która zmienia kilkukrotnie kolor z ceglastego na oślepiająco biały i znów na ceglasty. W pewnym momencie pod drzewami rosnącymi około 20 metrów od drogi spostrzegamy wypoczywające grupki wielbłądów. Gdy się zatrzymujemy, zwierzęta ożywiają się i po kilku minutach złączone w stado kilkudziesięciu sztuk przebiegają przed naszym samochodem na drugą stronę drogi. Wydaje się, że warunki do życia są tu dla nich doskonałe. Obserwujemy je przez kilkanaście minut, po czym ruszamy dalej.

Po pokonaniu jednego z kolejnych wzniesień zauważamy na horyzoncie ciemne kształty. Choć jesteśmy oddaleni od nich o około 70 km, Olgas są na tyle potężne, że widać je stąd już całkiem dobrze. Robią naprawdę duże wrażenie. Dojeżdżamy do ich podnóża akurat na tyle wcześnie, że możemy jeszcze do nich podejść przed zachodem słońca. Jest gorąco. Zaraz po wyjściu z samochodu otaczają nas brzęczące roje much. Jest ich tu naprawdę mnóstwo, co tylko przyspiesza nasz marsz. Po drodze mijamy grupki turystów z moskitierami na głowach. Tuż przed zachodem słońca docieramy do punktu widokowego. Wszyscy już tu są, oczywiście z muchami na czele. Przez około pół godziny, oganiając się od nich, staramy się podziwiać żarzące się w zachodzącym słońcu skały. Gdy słońce chowa się za horyzont, turyści pospiesznie udają się do autokarów i samochodów. Także muchy udają się na dobrze zasłużony odpoczynek.

Kennedy Range
Skoro świt zbieramy nasze posłanie rozłożone tym razem na nadmorskiej wydmie i lekko niewyspani po nocnych bojach z komarami podjeżdżamy kilkanaście kilometrów do Carnarvon.
Jest przed 8:00 w sobotę, więc miasto jeszcze śpi. Od czterech dni trzymamy się tylko asfaltów, po tym jak jednego dnia przecięliśmy dwie opony na ostrych kamieniach w Karijini National Park. Okazało się, że nie nadają się do naprawy. Kupiliśmy co prawda jedną oponę, ale bez drugiego zapasu nie chcemy wypuszczać się na szutry. Niestety jak dotąd nie było zbyt wiele okazji na dokupienie drugiej sztuki. Carnarvon pozostaje naszą ostatnią nadzieją. Wjeżdżając do miasta wynajdujemy dwa miejsca, gdzie potencjalnie będzie można uzupełnić zapas. Jest jeszcze za wcześnie, więc kręcimy się chwilę po mieście i gdy wracamy do pierwszego warsztatu okazuje się, że mają poszukiwaną przez nas oponę. To znaczy, że nasze następne cele to Kennedy Range National Park i Mount Augustus.
Z racji tego, że znajdujemy się niecałe 200 km od Zwrotnika Koziorożca wysokie temperatury dają się nam we znaki. Uzupełniamy więc zapasy wody i po odebraniu koła z warsztatu wyjeżdżamy z miasta. Zjeżdżamy z głównej drogi na wschód w kierunku Gascoyne Junction. Po około dwóch godzinach jazdy na przemian asfaltem i szutrem docieramy do sennego miasteczka. Przy wyjezdzie z miasta spostrzegamy tablicę z listą dróg. Niektóre z nich są oznaczone jako zamknięte, co krzyżuje nam plany. Spędzamy więc trochę czasu nad mapą próbując ustalić nową trasę, która pozwoli nam na dotarcie do chociaż jednego z założonych celów. W poszukiwaniu dodatkowych informacji objeżdżamy miasto, ale nie daje nam to za wiele. Po zatoczeniu kola ku naszej radości zauważamy, że pod tablicą stoi pickup, którego kierowca właśnie przekręca kolejne tabliczki z closed na open. Po krótkiej rozmowie dowiadujemy, się że prowadząca do parku Kennedy Range droga była nieprzejezdna z powodu płynącej o niecały kilometr stąd rzeki, której poziom jest już wystarczająco niski, by przez nią przejechać. Reszta drogi nie powinna stanowić problemu. Przynajmniej jeśli chodzi o głębokość przecinających ją rzek i strumieni.
Po około godzinie dojeżdżamy do Kennedy Range. Jest prawie 14:00 i upał wydaje się nie do zniesienia. W parku można przejść się czterema wyznaczonymi szlakami prowadzącymi w głąb wąwozów. Łączna długość wąwozów to około 5 km. W normalnych warunkach pestka, jednak panujący tu upał odbiera nam siły w zaskakującym tempie. Szkoda, że nie odbiera ich tutejszym muchom, które niestrudzenie nam towarzyszą. Po przejściu dwóch wąwozów postanawiamy o przełożeniu dalszego zwiedzania na pózniejszą, chłodniejszą porę. Wieczorem jeden z wąwozów robi na nas szczególnie duże wrażenie. Jego ściany wyglądają jak płaskorzezby będące wariacjami na temat plastra miodu. Im dłużej podziwiamy to dzieło natury, tym więcej niezwykłych kształtów odkrywamy. Na nocleg wybieramy kamping znajdujący się u ujścia jednego z wąwozów. O dziwo nie jesteśmy tu sami. Kemping dzielimy z samotnym turystą, którego bogate wyposażenie, między innymi w baterie słoneczne i zasilany nimi telewizor, pozwoliło mu pewnie na pozostawanie w tym odosobnionym miejscu przez dłuższy czas.
Po spędzonej pod rozgwieżdżonym niebem nocy, która niestety nie daje wytchnienia od gorąca, wyruszamy w kierunku Mount Augustus. Po drodze przejeżdżamy kilka strumieni i rzek. Przeprawa przez jedną z nich zajmuje nam więcej czasu. Z uwagi na to, że znaczniki głębokości są mocno pogięte, prawdopodobnie przez niesione przez wodę drzewa, decydujemy się sprawdzić przejazd na piechotę. Po przebrnięciu z jednego brzegu na drugi i z powrotem okazuje się, że pod wodą nie czyhają na nas żadne niespodzianki. Przejeżdżamy więc na drugą stronę i obserwowani przez pasące się przy drodze krowy ruszamy dalej. Około 13:00 dojeżdżamy do górującego nad okolicą Mount Augustus. Choć jest on 2,5 razy większy od Uluru, przyciąga nielicznych turystów. Mimo stosunkowo póznej pory ostanawiamy wejść na szczyt. Na szczęście niebo jest spowite chmurami, co daje nam ochronę od słońca i sprawia, że temperatura utrzymuje się w okolicach znośnych trzydziestu stopni. Tradycyjnie nieznośne i nieustępliwe są muchy. Przez dwie godziny wędrówki w górę dzielnie nam towarzyszą. Na szczycie znajdujemy zeszyt z wpisami osób, które tu dotarły. Okazuje się, że choć jest połowa lutego w tym roku było ich tu przed nami kilkanaście. Po powrocie do samochodu przejeżdżamy do oddalonego o kilkanaście kilometrów punktu widokowego na Mount Augustus. Postanawiamy już zostać tam na noc i dzięki temu mamy okazję podziwiać piękny zachód słońca rozpalający otaczający nas teren. W nocy co jakiś czas budzą nas krople deszczu upadające na namiot. Ciekawe, jak będzie z powrotem do Gascoyne Junction. Przed nami ponad dwieście kilometrów szutru poprzecinanego strumieniami.
Z samego rana, nie czekając na dalsze opady, ruszamy z powrotem. Miejscami pylista nawierzchnia zmieniła się w błotnistą maz. Analizując mapę dochodzimy do wniosku, że tylko jedna rzeka może okazać się problematyczna. Na szczęście, podobnie jak mniejsze strumienie, przejeżdżamy ją bez problemów. Gdy nie zagraża nam już odcięcie przez wodę, zatrzymujemy się na krótki posiłek. Po kilkunastu minutach podjeżdżają do nas dwie terenówki prowadzone prawdopodobnie przez lokalnych farmerów lub pracowników zajmujących się utrzymaniem dróg. Widząc nasze auto stojące na skraju drogi zatrzymują się i pytają, czy potrzebujemy jakiekolwiek pomocy. Po raz kolejny okazuje się, że na outbacku można liczyć na pomoc w razie potrzeby. Zapewniamy ich, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i po chwili kontynuujemy jazdę na zachód. Po kilku godzinach dojeżdżamy Carnarvon. Ostatni szutrowy etap wyprawy właśnie dobiegł końca.

Z racji tego, że znajdujemy się niecałe 200 km od Zwrotnika Koziorożca wysokie temperatury dają się nam we znaki. Uzupełniamy więc zapasy wody i po odebraniu koła z warsztatu wyjeżdżamy z miasta. Zjeżdżamy z głównej drogi na wschód w kierunku Gascoyne Junction. Po około dwóch godzinach jazdy na przemian asfaltem i szutrem docieramy do sennego miasteczka. Przy wyjezdzie z miasta spostrzegamy tablicę z listą dróg. Niektóre z nich są oznaczone jako zamknięte, co krzyżuje nam plany. Spędzamy więc trochę czasu nad mapą próbując ustalić nową trasę, która pozwoli nam na dotarcie do chociaż jednego z założonych celów. W poszukiwaniu dodatkowych informacji objeżdżamy miasto, ale nie daje nam to za wiele. Po zatoczeniu kola ku naszej radości zauważamy, że pod tablicą stoi pickup, którego kierowca właśnie przekręca kolejne tabliczki z closed na open. Po krótkiej rozmowie dowiadujemy, się że prowadząca do parku Kennedy Range droga była nieprzejezdna z powodu płynącej o niecały kilometr stąd rzeki, której poziom jest już wystarczająco niski, by przez nią przejechać. Reszta drogi nie powinna stanowić problemu. Przynajmniej jeśli chodzi o głębokość przecinających ją rzek i strumieni.
Po około godzinie dojeżdżamy do Kennedy Range. Jest prawie 14:00 i upał wydaje się nie do zniesienia. W parku można przejść się czterema wyznaczonymi szlakami prowadzącymi w głąb wąwozów. Łączna długość wąwozów to około 5 km. W normalnych warunkach pestka, jednak panujący tu upał odbiera nam siły w zaskakującym tempie. Szkoda, że nie odbiera ich tutejszym muchom, które niestrudzenie nam towarzyszą. Po przejściu dwóch wąwozów postanawiamy o przełożeniu dalszego zwiedzania na pózniejszą, chłodniejszą porę. Wieczorem jeden z wąwozów robi na nas szczególnie duże wrażenie. Jego ściany wyglądają jak płaskorzezby będące wariacjami na temat plastra miodu. Im dłużej podziwiamy to dzieło natury, tym więcej niezwykłych kształtów odkrywamy. Na nocleg wybieramy kamping znajdujący się u ujścia jednego z wąwozów. O dziwo nie jesteśmy tu sami. Kemping dzielimy z samotnym turystą, którego bogate wyposażenie, między innymi w baterie słoneczne i zasilany nimi telewizor, pozwoliło mu pewnie na pozostawanie w tym odosobnionym miejscu przez dłuższy czas.
Po spędzonej pod rozgwieżdżonym niebem nocy, która niestety nie daje wytchnienia od gorąca, wyruszamy w kierunku Mount Augustus. Po drodze przejeżdżamy kilka strumieni i rzek. Przeprawa przez jedną z nich zajmuje nam więcej czasu. Z uwagi na to, że znaczniki głębokości są mocno pogięte, prawdopodobnie przez niesione przez wodę drzewa, decydujemy się sprawdzić przejazd na piechotę. Po przebrnięciu z jednego brzegu na drugi i z powrotem okazuje się, że pod wodą nie czyhają na nas żadne niespodzianki. Przejeżdżamy więc na drugą stronę i obserwowani przez pasące się przy drodze krowy ruszamy dalej. Około 13:00 dojeżdżamy do górującego nad okolicą Mount Augustus. Choć jest on 2,5 razy większy od Uluru, przyciąga nielicznych turystów. Mimo stosunkowo póznej pory ostanawiamy wejść na szczyt. Na szczęście niebo jest spowite chmurami, co daje nam ochronę od słońca i sprawia, że temperatura utrzymuje się w okolicach znośnych trzydziestu stopni. Tradycyjnie nieznośne i nieustępliwe są muchy. Przez dwie godziny wędrówki w górę dzielnie nam towarzyszą. Na szczycie znajdujemy zeszyt z wpisami osób, które tu dotarły. Okazuje się, że choć jest połowa lutego w tym roku było ich tu przed nami kilkanaście. Po powrocie do samochodu przejeżdżamy do oddalonego o kilkanaście kilometrów punktu widokowego na Mount Augustus. Postanawiamy już zostać tam na noc i dzięki temu mamy okazję podziwiać piękny zachód słońca rozpalający otaczający nas teren. W nocy co jakiś czas budzą nas krople deszczu upadające na namiot. Ciekawe, jak będzie z powrotem do Gascoyne Junction. Przed nami ponad dwieście kilometrów szutru poprzecinanego strumieniami.
Z samego rana, nie czekając na dalsze opady, ruszamy z powrotem. Miejscami pylista nawierzchnia zmieniła się w błotnistą maz. Analizując mapę dochodzimy do wniosku, że tylko jedna rzeka może okazać się problematyczna. Na szczęście, podobnie jak mniejsze strumienie, przejeżdżamy ją bez problemów. Gdy nie zagraża nam już odcięcie przez wodę, zatrzymujemy się na krótki posiłek. Po kilkunastu minutach podjeżdżają do nas dwie terenówki prowadzone prawdopodobnie przez lokalnych farmerów lub pracowników zajmujących się utrzymaniem dróg. Widząc nasze auto stojące na skraju drogi zatrzymują się i pytają, czy potrzebujemy jakiekolwiek pomocy. Po raz kolejny okazuje się, że na outbacku można liczyć na pomoc w razie potrzeby. Zapewniamy ich, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i po chwili kontynuujemy jazdę na zachód. Po kilku godzinach dojeżdżamy Carnarvon. Ostatni szutrowy etap wyprawy właśnie dobiegł końca.

Nissan Patrol GRQ
Z pozoru Nissan Patrol (oznakowany jako Ford Maverick), którego wypożyczaliśmy w Perth nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród samochodów, które mijaliśmy na drogach Australii. Jednak po zapoznaniu się z tajnikami auta, odkryliśmy, że również w tym przypadku pozory mylą.
Na początku to, co widać z zewnątrz:
Przód auta osłaniają rogi zwane tu roo bar. Posiadają je tutaj nawet niektóre osobówki i autobusy - nigdy nie wiadomo, kiedy kangur, czyli roo, zaczai się na przejeżdżający samochód. Znajdujące się na dachu bagażnik wyprawowy z metolową skrzynią znacząco powiększają ilość bagażu, jaką można zabrać ze sobą.
Auto jest wyekwipowane w dwa koła zapasowe. Jedno może okazać się niewystarczające. Mieliśmy okazję przekonać się o tym, gdy w Karijini National Park porozcinaliśmy dwie opony na odcinku około 40 km. W sumie wymiana obydwu kół nie zajęła nam wiele czasu. Natomiast bez drugiego koła utknęlibyśmy tam pewnie na co najmniej jeden dzień. Do najbliższego miasta było niecałe 100 km. Przejechanie w dwie strony autostopem z zepsutym kołem, biorąc pod uwagę nikły ruch w tej okolicy, kosztowałoby nas sporo czasu. Lepiej poświęcić go na zwiedzanie.
Istotnym udoskonaleniem Nissana był snorkel pozwalający na pokonywanie zalanych odcinków drogi. Takie miejsca mogą trafić się zarówno na szutrach, jak i na głównych drogach asfaltowych. Dwukrotnie mijaliśmy znaki informujące o zamknięciu z powodu zalania drogi, którą właśnie przejechaliśmy. Nissan radził sobie bez problemu z wodą o głębokości do 50 cm.
Jeśli chodzi o udoskonalenia niewidoczne gołym okiem, to zdecydowanie najbardziej przydatny okazał się drugi zbiornik paliwa, który przy ekonomicznej jezdzie zwiększa zasięg do około 900 - 1000 km. Biorąc pod uwagę odległości pomiędzy stacjami benzynowymi w Australii Zachodniej taki zasięg daje możliwość dotarcia do kolejnej stacji w przypadku, gdyby ta, do której właśnie przyjechaliśmy, była zamknięta. Również w przypadku, gdyby z jakiegokolwiek powodu konieczne było wycofanie się z trasy, dodatkowy bak daje zasięg pozwalający na cofnięcie się o kilkaset kilometrów, co w przypadku Tanami Road, Great Central Road czy innych podobnych dróg może okazać się koniecznością. Poza tym taki bak jest wygodniejszy i bezpieczniejszy niż wożenie 50 litrów paliwa w kanistrach na dachu.
Przydany jest również zamontowany pod maską kompresor powietrza. Przejechanie niektórych piaszczystych odcinków jest możliwe/łatwiejsze po obniżeniu ciśnienia w oponach. Po wyjechaniu z piachu konieczne jest napompowanie kół do odpowiedniego ciśnienia, co przy wykorzystaniu kompresora zajmuje chwilę. Auto wyposażone było również w ręczną wyciągarkę i liny. Wyposażenia dopełniał bogaty zestaw narzędzi, którymi można było przeprowadzić ewentualne naprawy.
Przejechaliśmy tym samochodem ponad 11.000 km w 30 dni i poza wspomnianymi wyżej kołami nie mieliśmy żadnej awarii, która unieruchomiłaby nas choćby na chwilę. Zablokowanie się dwóch elektrycznych szyb i naprawę tej usterki potraktowaliśmy raczej jako kolejną atrakcję a nie problem.
Nissan nie był może najszybszym autem w okolicy, ale okazał się niezawodny i podołał postawionym przed nim zadaniom. Ponadto jego przewaga nad samochodami oferowanymi przez innych polegała na tym, że bez dodatkowych pozwoleń mogliśmy przejechać nim każdą obraną trasę, na którą starczyło nam umiejętności i czasu.
Text i fot. Tomasz Tomasik
Na początku to, co widać z zewnątrz:
Przód auta osłaniają rogi zwane tu roo bar. Posiadają je tutaj nawet niektóre osobówki i autobusy - nigdy nie wiadomo, kiedy kangur, czyli roo, zaczai się na przejeżdżający samochód. Znajdujące się na dachu bagażnik wyprawowy z metolową skrzynią znacząco powiększają ilość bagażu, jaką można zabrać ze sobą.
Auto jest wyekwipowane w dwa koła zapasowe. Jedno może okazać się niewystarczające. Mieliśmy okazję przekonać się o tym, gdy w Karijini National Park porozcinaliśmy dwie opony na odcinku około 40 km. W sumie wymiana obydwu kół nie zajęła nam wiele czasu. Natomiast bez drugiego koła utknęlibyśmy tam pewnie na co najmniej jeden dzień. Do najbliższego miasta było niecałe 100 km. Przejechanie w dwie strony autostopem z zepsutym kołem, biorąc pod uwagę nikły ruch w tej okolicy, kosztowałoby nas sporo czasu. Lepiej poświęcić go na zwiedzanie.
Istotnym udoskonaleniem Nissana był snorkel pozwalający na pokonywanie zalanych odcinków drogi. Takie miejsca mogą trafić się zarówno na szutrach, jak i na głównych drogach asfaltowych. Dwukrotnie mijaliśmy znaki informujące o zamknięciu z powodu zalania drogi, którą właśnie przejechaliśmy. Nissan radził sobie bez problemu z wodą o głębokości do 50 cm.
Jeśli chodzi o udoskonalenia niewidoczne gołym okiem, to zdecydowanie najbardziej przydatny okazał się drugi zbiornik paliwa, który przy ekonomicznej jezdzie zwiększa zasięg do około 900 - 1000 km. Biorąc pod uwagę odległości pomiędzy stacjami benzynowymi w Australii Zachodniej taki zasięg daje możliwość dotarcia do kolejnej stacji w przypadku, gdyby ta, do której właśnie przyjechaliśmy, była zamknięta. Również w przypadku, gdyby z jakiegokolwiek powodu konieczne było wycofanie się z trasy, dodatkowy bak daje zasięg pozwalający na cofnięcie się o kilkaset kilometrów, co w przypadku Tanami Road, Great Central Road czy innych podobnych dróg może okazać się koniecznością. Poza tym taki bak jest wygodniejszy i bezpieczniejszy niż wożenie 50 litrów paliwa w kanistrach na dachu.
Przydany jest również zamontowany pod maską kompresor powietrza. Przejechanie niektórych piaszczystych odcinków jest możliwe/łatwiejsze po obniżeniu ciśnienia w oponach. Po wyjechaniu z piachu konieczne jest napompowanie kół do odpowiedniego ciśnienia, co przy wykorzystaniu kompresora zajmuje chwilę. Auto wyposażone było również w ręczną wyciągarkę i liny. Wyposażenia dopełniał bogaty zestaw narzędzi, którymi można było przeprowadzić ewentualne naprawy.
Przejechaliśmy tym samochodem ponad 11.000 km w 30 dni i poza wspomnianymi wyżej kołami nie mieliśmy żadnej awarii, która unieruchomiłaby nas choćby na chwilę. Zablokowanie się dwóch elektrycznych szyb i naprawę tej usterki potraktowaliśmy raczej jako kolejną atrakcję a nie problem.
Nissan nie był może najszybszym autem w okolicy, ale okazał się niezawodny i podołał postawionym przed nim zadaniom. Ponadto jego przewaga nad samochodami oferowanymi przez innych polegała na tym, że bez dodatkowych pozwoleń mogliśmy przejechać nim każdą obraną trasę, na którą starczyło nam umiejętności i czasu.
Text i fot. Tomasz Tomasik