Powrót do strony głównej
|
DoGóryNogami Relacja nr 3 Izy Brylowskiej z wypadu na wschodnie wybrzeże Australii (kwiecień 2003) Hej - hej! ![]() Nareszcie wiem dlaczego zawsze chcialam byc ryba - tutaj pod woda, nad woda i kolo wody jest o wiele piekniej niz na ladzie! Wlasnie podrozuje po "mokrym", wschodnim wybrzezu Australii, gdzie nic innego sie nie robi tylko plywa, surfuje, zegluje i nurkuje! Trzeba co prawda uwazac na roznego rodzaju kujace, kasliwe i paralizujace istoty mieszkajace w tutejszych wodach - ale przy odrobinie szczescia da sie przezyc! Zrobilam juz dwa kursy nurkowania (jak to sie odmienia? - kursy nurskie, nurkowania ???) i moge sobie plywac na glebokosci do 40 m w dol. Moj pierwszy kurs odbywal sie na cudownym dwu masztowym clipperze "Atlantic", ktory codziennie zeglowal do innej rafy! Pozwolili mi nawet troche posterowac! Oto rozklad dnia: Pobudka o 6.15 - pierwszy oficer wyspiewujacy niskim glosem Barry White'a, sniadanie, nurkowanie, wylegiwanie sie na slonecznym pokladzie albo w jakuzi (tak, tak na jachcie), lunch, nurkowanie, przekaski na zimno, nurkowanie,podwieczorek, nurkowanie, obiad, spanie w siadce na bukszprycie, na dzibie tuz nad turkusowa woda (fantastyczne!!!!!), a w nocy nurkowanie jak ktos jeszcze nie ma dosc! Zyc nie umierac! Jak pierwszy raz zeszlam pod wode i zobaczylam te wszystkie kolorowe cuda to zapomnialam ze mam oddychac! Korale we wszystkich kolorach, ryby o ksztaltach jakich nawet sam picasso by nie wymyslil, rekiny, zlowie, weze, plaszczki, osmiornice i co tam jeszcze pan bog stworzyl (ale wyobraznia!). Pewien sliczny (niebiesko -zielony, w dziwne wzorki upstrzony), 2 metrowy maori wrass o imieniu Wally, ktory jest "oswojony" z nurkami, pozwolil mi sie poglaskac i nawet plywal za mna przez dobre 15 min! Wcale mi sie nie chcialo wracac na powierzchnie - 40 min to zdecydowanie za malo!!! W nocy widzielismy zerujacego rekina (rafowy whitetip), ktory jak tylko zobaczyl dziwne stwory z latarkami odwrocil sie do nas ogonem i zniknal w ciemnych glebinach! Moim partnerm w nurkowaniu byl pewien dystyngowany anglik z Davonshire - Joe, ktory nie stracil zimnej krwi nawet kiedy jego regulator "zwariowal " i zaczal niekontrolowanie wypuszczac drogocenne powietrze na glebokosci 21 m. Tak jak nam wpajano do glowy przez 5 dni kursu, Joe przezucil sie na moj zapasowy regulator i powoli, korzystajac z mojej butli dotarlismy bezpiecznie na powierzchnie! Musze przyznac, ze jak zobaczylam te wielkie bulki wydobywajace sie z jego ust to troche spanikowalam, i za bardzo nie wiedzilam co sie dzieje, ale szybko podalam Joe'mu zapasowy regulator. On natomiast byl calkowicie cool - jakby nic sie nie stalo! Podziekowal mi za pomoc i jak przystalo na Anglika oswiadczyl ze spokojem, ze "takie rzeczy sie zdarzaja". Dobrze, ze jak to sie zdarzylo bylam w poblizu - zazwyczaj krece sie gdzies zapominajac o calym swiecie i nieraz Joe musial mnie przytrzymac za pletwe cobym gdzies nie "odplynela". Dobry partner w nurkowaniu to 80% sukcesu! Nastepnie kontynuowalm edukacje nurkowa na wyspie Magnetic, kolo ktorej znajduje sie jeden z najciekawszych wrakow na swiecie - Yongala, ktory zatonal podczas szalejacego cyklonu w 1911r. Nauczylam sie roznych metod znajdywania zgubionych rzeczy podczas nurkowania, jak "wisiec" nieruchomo w wodzie, przeciskac sie w nawet najwezszych szczelinach bez niszczenia koralu i nawigowania pod woda. Jedynym minusem w pelni tego niebieskiego szczescia jest fakt, ze trzeba byc calkowicie zakrytym od stop do czubaka glowy (mimo ze woda ma temperature 23 C) w specjalna pianke, bo w tutejszych wodach zyje najgrozniejsza meduza na swiecie - box fish, ktorej macki powoduja straszne poparzenia, paraliz, spowolnienie pracy serca i w koncu smierc. Meduza jest malutka (5-15cm) i prawie niewidoczna, a paralizujace macki sa dlugie. W zeszlym roku w czasie sezonu zmarly dwie osoby. W polnocnej Australii wogole nie wchodzi sie do wody - tylko basen pozostaje! To jest naprawde frustrujace uczucie - tak cudowna turkusowo-niebiesko krystaliczna woda i nie mozna ot tak po prostu sobie wskoczyc! Nie ma rozy bez kolcow! Nastepnie zjechalam na poludnie, gdzie zeglowalm sobie po cudownych Whitsundays Islands, gdzie znajduje sie najpiekniejsza plaza w Australii - kilometry bialego piasku i krystalicznej wody przelewajacej sie w lagunach i rafach! Mialam straszne szczescie bo zalapalm sie na jacht za darmo!!!!!!! Pierwszy oficer z "Atlantic" a polecil mnie znajomemu, ktory jest skipperem na regatowym "Samurai", ktory bral udzial w regatch Sydney-Hobart w 1985r i teraz zegluje jako jacht czarterowo - nurkowy po Whitsundays. Bylam pomocnikiem instruktora nurkowania , pomagalam w "oporzadzaniu " sprzetu - czyszczeniu kombinezonow, masek, regulatorow, napelnianiu butli, no i - przede wszystkim - w zeglowaniu!!!!! Musze powiedziec , ze polskie standarty szkolenia zeglazy sa o wiele bardziej wymagajace niz australijskie! Jak powiedzialm skipperowi - Simon - ze musialam sie nauczyc nawigacji terestrycznej, operowania sekstantem i wszystkich sygnalow swietlnych na pamiec, to omalo co za burte z wrazenia nie wypadl! Tutaj zeby prowadzic jacht wystarczy znajomosc obslugi GPS i przede wszystkim dobre ubezpieczenie (ha ha ha), a tradycyjna nawigacja nalezy do sekcji "hobby" i dlugodystansowych rejsow po Pacyfiku! Za to tutejsi zeglaze sa bardziej wyedukowani ekologicznie - bardzo wazne jest gdzie i jak sie rzuca kotwice, wiedza wszystko o rybach i zyjatkach zamieszkujacych te wody, i najwazniejsze - nic nie idzie za burte - absolutnie nic! Musialam sie nauczyc duzo nowych slowek, bo zeglowanie po angielsku jest troche inne niz po polsku. Dziwne ale pewnych okreslen nawet nie ma! Skipper byl zadowolony bo siedzilam caly czas za sterem (reszta zalogi wolala sie wylegiwac na dziobie) - mam teraz biale slady dookola oczu po okularach i wygladam jak borsuk, a on tymczasem naprawial wszystkie "rozpirzone" na koncach linki i zrobil porzadki w bakistach. Znalazl np. serie Playboya z 98 roku pod sterta ciezarkow do nurkowania ( seria zostala szybko skonfiskowane przez kucharza - Aarona, Anglika z Londynu - strasznego kobieciaza). Wysiedzialam sie za sterem za wszystkie czasy - znow ogarnelo mnie to samo uczucie co na Mazurach dawno,dawno,temu.... Nie ma nic piekniejszego niz spanie na pokladzie pod gwiazdami w worku zaglowym na bomie! Nastepnie zjechalam w dol do Harvey Bay gdzie pluszcza sie wieloryby i gdzie wszyscy zaczynaja wielka przygode na najwiekszej wyspie z piasku - Fraser Island. Trzeba tylko znalezc dziewiecioro innych szalencow, wynajac 4WD, przeprawic sie promem na wyspe - i heja! Szalency sie znalezli - razem bylo nas 28 osob z roznych stron swiata . Dostalismy 3 dziesiecioosobowe 4WD, jedzenie, paliwo, mapy, namioty, BBQ, pouczenia i krzyzyk na droge! Przeprawilismy sie rano o 6.30 promem na wyspe i ze strachem w oczach zaczelismy sie przeprawiac naszym super 4WD przez gleboki piach posrod zielonego bushu. Poniewaz jezdzilam 4WD w Terytorium Polnocnym bylam przekonana ze pozjadalam wszytkie rozumy jezeli chodzi o prowadzenie 4WD - no i oczywiscie utknelam juz na pierwszym piaskowym odcinku. W ruch poszly lopaty i po pozadnym pchaniu wyjechalismy na prosta. Fantastyczna zabawa! Szczegolnie ze po godzinie takiej jazdy i trzesawki czeka za zakretem nagroda - przepiekne slodkowodne, blekitne jezioro o bialo - piaskowym brzegu i zimnej, orzezwiajacej wodzie! Nastepnie przeprawilismy sie na plaze - cudowne, wspaniale uczucie, jak sobie pedzimy samochodzikiem wzdluz plazy a ocean rozbija fale tuz pod kolami! Nigdy jeszcze tak jazda samochodem nie sprawila mi przyjemnosci! Widzielismy kilka wielorybow-humbackow prychajacych w wodzie, delfiny, oraz rekiny (tiger sharks). Przeprawianie sie przez strumyki, wydmy i lachy piasku to nastepna atrakcja. Jak cos nie idzie to znowu trzeba podkopywac, pchac itd. A do tego trzeba uwazac na inne samochody oraz - bez jajek - ladujace na plazy samoloty! Zabawa na calego! Potem camping tuz kolo plazy - pod gwiazdami, granie na didgeridoo, gotowanie na ognisku i wyczekiwanie kiedy to pojawi sie Dingo. Przychodza zazwyczaj w nocy , pojawiaja sie w blasku ogniska i niebojac sie niczego i nikogo, patrza sie uwaznie na wszystkich z wyzszoscia jakby chcialy powiedziec - jestescie tylko ludzmi. Jedynym sposobem na Dingo jest popatrzec sie w ten sam sposob - dac mu do zrozumienia ze my tez sie nie boimy (co wcale nie jest latwe ). Musze jednak powiedziec, ze mnie nie wydaly sie one wcale grozne, raczej bardzo dumne i inteligentne. Inna sprawa ze jeden Dingo, sam potrafi zabic konia - nabralam duzo respektu jak to uslyszalm i nie lazilam sama w nocy po buszu. Trzeba wszystko chowac i zamykac - Dingo wyczuja nawet najmniejszy kawaleczek jedzenia i nie baja sie absolutnie niczego! Jedna z naszych grup zaplacila $100 kary, bo zostawili w nocy worek ze smieciami na zewnatrz i Dingo rozwlokly wszystko po plazy. To sie zdecydowanie nie spodobalo rangerowi, ktory zrobil obozowi pobudke o 5.30, wlepil winowajcom kare i wyglosil pouczajaca mowe, ktora trawala cale 45 min! (my ziewalismy). Nastepny dzien spedzilismy jezdzac po plazy, zwiedzajac jeziorka , ogladajac wrak statku Machino, ktory rozbil sie tuz na plazy, objadajac sie czekoladkami i maslem orzechowym (bardzo niezdrowe) i spiewajac na caly glos. Na nastepnym campingu jedna holenderka z Rotterdamu zapomniala zamknac swoj namiot i po powrocie zastala dosyc duza (1 m)iguane (jaszczurke) wylegujaca sie w jej spiwoze. Biedna dziewczyna byla w szoku przez 2 godziny! I postanowila spac w samochodzie! Wcale sie nie dziwie - od tej pory wszycy sprawdzali nie tylko spiwory ale i buty! Nastepnego dnia odwiedzilismy miejsce zwane "Champagne Pools", nazwane tak bo woda rozpryskujaca sie o skaly tworzace kolko kolo malej plazy, pieni sie i syczy niczym szampan. Plywalismy sobie w szampanie i wylegiwalismy sobie na plazy. Ja (glupia owca) postanowilam wdrapac sie na pobliskie niegroznie wygladajace skalki. Wylegiwalam sie na skalce w sloncu podmywana przez ozezwiajace fale, az nagle widze ze idzie cos, co niektorzy nazwali by "bialy szkwal " - potezna kilkumetrowa fala - prosto na mnie! Zostalam zmyta ze skaly jak bezwladny wodorost na skaly ponizej. Jak woda opadla zobaczylam kilka osob biegnacych w moja strone ze strachem w oczach. Dopiero wtedy zaczelam liczyc czy mam wszystkie rece, nogi i glowe. Mialam duzo, duzo szczescia - wyszlam z tego wszystkiego tylko z rozdrapana lewa lydka, otartym ramieniem, sincami na calej lewej stronie ciala i calkowcie zdartym lewym posladkiem! (ha ha ha) Krew lala sie dosyc obficie bo sklaki obrosniete sa drobnymi malzami - zostalam zaniesiona przez kolege Dominica (Niemcy) na rekach do samochodu i opatrzona przez Tanje - lekarke z Holandii. Niestety nie bylam jedyna ofiara tej fali - kilka osob w basenie zostalo rzucone na skalki, ale na szczescie wszyscy wywinelismy sie tylko obdrapana skora! Okazalo sie ze takie wypadki w tamtym miejscu zdarzaja sie dosyc czesto ! Ludzie koncza ze szwami albo polamanymi konczynami. Dziwne, ze nikt nam o tym nie powiedzial! Przez caly nastepny dzien nie moglam usiedziec na pupie - bylam za to rozpieszczszana przez cala grupe, nie musialam gotowac, zmywac ani rozbijac namiotow, podsuwali mi wszystkie smakolyki pod nos , ale tez nie pozwolili mi wiecej prowadzic samochodu - cholerka! Bardzo prosze zeby nikt nie informowal moich biednych rodzicow o moich wyczynach - chce im oszczedzic i tak juz rozstrojonych nerwow! Teraz siedze w hostelu w Byron Bay - mecca surferow i kuruje sie z krwistych ran. Ludzie jak patrza sie na moje since i rany pytaja sie czy przypadkiem nie zostalam zgwalcona przez grupe pijanych graczy rugby (to taki zart australijski). Jak tylko sie wylize to ide surfowac - tzn. starac utrzymac sie na desce dluzej niz 3 sekundy! Nastepnie jade zobaczyc Sydney a potem lece na Fiji!!! Bula Bula dla wszystkich Iza |